Rozmaite kalendarze świąt nietypowych (na przykład ten) informują nas chętnie, że 26 grudnia świętujemy swojsko brzmiący „dzień rzucania owsem w wieśniaków”. Trudno jednoznacznie powiedzieć skąd wzięto tę powtarzającą się (zapewne poprzez kopiowanie) nazwę, natomiast nie jest to jedno ze świąt sztucznie wymyślonych na potrzeby sensacji. Co więc jest na rzeczy?

Drugiego dnia Świąt Kościół Katolicki obchodzi wspomnienie świętego Szczepana. Wedle biblijnej tradycji jest on pierwszym męczennikiem za wiarę, który został ukamienowany przez wzburzony tłum żydowski. Nie wiadomo dokładnie jak i dlaczego, ale tradycja ta połączona została z innym polskim (i z pewnością pogańskim) obyczajem, jakim jest rzucanie w ludzi zbożami na szczęście (patrz: obrzucanie pary młodej ryżem).

Tym razem trafiło na owies: zboże niewymagające i roznące nawet na kiepskich glebach, a także pierwsze, które sieje się jeszcze zimą. Wersja zwyczajna owsianego obyczaju każe przynosić go w drugi dzień świąt do kościoła, gdzie zostanie poświęcony, co ma pomóc mu wzrosnąć, mimo zimy, i dać dobre plony. Gdzieniegdzie jednak zachowała się wersja bardziej ekstremalna…

Potwierdzone przypadku mówią o ziemi łowickiej, ale także okolicach Łodzi i Małopolsce. Tam owsem rzucano. W zależności od wersji – standardowo w ładne dziewczęta, czasem w domowników, z reguły jednak po prostu w ludzi w kościele. Także w księdza. Gdzieniegdzie tradycja osiągała wersję, gdzie na znajdujący się nad wejściem do kościoła chór wnoszono całe worki owsa, by później zrzucić je (zboże, nie całe worki!) na głowę wchodzącego na mszę proboszcza. Taką zniewagę plebanowi z pewnością osładzał fakt, że zboże które spadło na kościelną posadzkę przechodziło na własność parafii. Można więc było wycierpieć te kilka chwil, by pomnożyć swój stan posiadania.

Inne zwyczaje związane z drugim dniem świąt również krążyły wokół owsa. Jeden z nich każe posmarować sufit miodem i rzucać ziarnami zboża w górę. Jeśli się przykleją – zapowiada to dobry rok. Podobnie ponoć w wigilię czyniono zresztą z kutią (tyle że bez smarowania miodem – sam miód w niej zawarty powinien zagwarantować odpowiednią lepkość, by stać się dobrą wróżbą).

Kolejną tradycją było wprowadzanie do izby konia. Konie, jako zwierzęta cenne, cieszyły się w ten sposób specjalną estymą w ten jeden dzień roku. Zresztą w innej wersji tego obyczaju w drugi dzień świąt chodziło się do zwierząt z opłatkiem: pan domu do koni, zaś pani domu do bydła.

Oczywiście jak na ludową tradycję przystało, również tę z koniem można było doprowadzić do ekstremum. Cytując etnograf zajmującą się kulturą Podkarpacia:

Wprowadzano do izby konia. Za dobrą wróżbę odczytywano, gdy zwierzę załatwiło w izbie swoją potrzebę fizjologiczną. Miało to przynieść gospodarzowi kupę szczęścia.

Wspólny mianownik wszystkich tych obyczajów stanowią jednak dwie sprawy:

  1. Po uroczystych obchodach samego Bożego Narodzenia nadszedł czas na mniej poważne zabawy (patrz Wielkanoc i poniedziałek wielkanocny)
  2. Najgorszy moment zimy już za nami. Teraz już należy patrzeć w przyszłość, przepowiadać sobie dobre wróżby oraz przygotowywać się do zasiewu.

Źródła