Kiedy myślimy o tłoku w górach, najczęściej na myśl przychodzą nam Tatry. W sezonie letnim nie ma wszak tygodnia, by któreś z dużych polskich czasopism nie opublikowało artykułu w stylu „3 godziny czekania w kolejce na Gubałówkę” albo „Pięciokilometrowy korek do Morskiego Oka”. Rzeczywiście, być może ze względu na relatywnie dobry dojazd i porównywalnie najmniejszą odległość np. od Warszawy i Gdańska, a także bliskość Krakowa, Tatry cieszą się popularnością zdecydowanie większą, niż są w stanie wytrzymać. Z tego też powodu ludzie poszukujący mniej szybkich i komercyjnych wrażeń często starają się wybrać mniej popularne cele, jak Beskid, Bieszczady czy Sudety.

I choć wspomniane pasma w ostatnich latach również tracą na „dzikości”, a zyskują na udogodnieniach dla „zwykłych ludzi”, nadal często odnaleźć można jeszcze ciszę i spokój. A jak dobrze wybrać góry to pewnie można jeszcze wybrać się tak, by na szlaku nie spotkać praktycznie nikogo przez cały dzień.

Nie zawsze jednak tak było.

Weźmy takie Karkonosze. Oczywiście „wejście na Śnieżkę” (polegające na wjechaniu wyciągiem na Szeroką Kopę, a następnie pokonanie tych kilkuset metrów szeroką ubitą drogą) od zawsze stawało się udziałem pań w japonkach i panów z reklamówką z Biedronki, jednak mimo wszystko nie ma w nich porównania z tatrzańskimi tłumami. A jednak, gdyby cofnąć się w przeszłość o nieco ponad sto lat…

Tu głos oddamy Mieczysławowi Orłowiczowi, zasłużonemu popularyzatorowi turystyki w Polsce. I właśnie w czasach, kiedy piesze wędrówki właściwie dopiero w kraju raczkowały, wybrał się on na wycieczkę w niemieckie Karkonosze. Jest rok 1908. Turystyka w Niemczech kwitnie w najlepsze od wielu lat, a Karkonosze są jednym z popularniejszych celów. Orłowicz swoje wrażenia opisuje w następujących słowach (fragmenty wybrane, podkreślenia moje):

Przede wszystkim uderzała mnie u tych turystów niemieckich wręcz olbrzymia konsumpcja piwa, chyba po 12 wielkich pilznerów na osobę w ciągu dnia. Zauważyłem również, że Niemcy upiększali swoje góry czy skały w sposób zbyteczny dla miłośników przyrody, lecz zgodny widocznie z upodobaniami swoich turystów. Tak np. widziałem katarynki wygrywające na wszystkich szczytach wiedeńskie walce, białe myszy ciągnące losy, małpy wyprawiające różne ćwiczenia gimnastyczne przy katarynce i temu podobne, zupełnie niepoważne, urozmaicenia.

Na tym jednak nie kończyła się komercjalizacja gór.

Tak np. wodospad Łaby, tuż poniżej jej źródeł w Karkonoszach, działał tylko za opłatą 10 fenigów. Czekano aż się zbierze parę osób, które złożą opłatę, a wówczas dopiero odsuwano deskę i woda z o wiele większą niż normalnie siłą waliła z rykiem w dół. Widowisko trwało tylko 3 minuty, po czym znowu czekano na następną grupę. W innym przypadku, ale znów za opłatą, można było usłyszeć wspaniałe echo, z którego słynęły skały pod Szczelińcem, a które wywoływał przewodnik strzelając z pistoletu.

Skala popularności Sudetów, a zwłaszcza Karkonoszy, budzi jednak mimo wszystko pewien respekt, gdyż nawet dzisiejsze Tatry, może poza długimi weekendami, nie mogą się z nią równać.

W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. […] Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu.

Efekty oczywiście łatwo sobie wyobrazić: hałas, tłum, zero spokoju i poczucia obcowania z naturą. Szczególnie że hałaśliwa (czy też „filisterska”, jak ją z upodobaniem nazywa Orłowicz) niemiecka turystyka była bardzo nastawiona na konsumpcję. Taką dosłowną.

Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. […]

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. Wszystkie były w rękach Niemców, schronisk czeskich w owym czasie na grzbiecie Karkonoszy nie zauważyłem wcale. […]

Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” – jeśli działo się to po stronie austriackiej – i odwrotnie: „Jeszcze 10 minut do najbliższego piwa bawarskiego„, o ile chodziło o stronę niemiecką.

Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, czy dla odmiany Loewen Brauhaus. I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy.

Wszyscy na ogół turyści śpiewali po drodze jak zarzynane bawoły i wśród tego ryku pijaków i chwiejnych korpusów wędrowało się całymi godzinami. W dodatku co 100 metrów stała katarynka, przeważnie własność Niemców czeskich, i wygrywała dla dodania ducha maszerującym turystom wiedeńskie walce i marsze, a białe myszy lub zielone papugi ciągnęły wśród wielkiego wrzasku losy zakochanym parom.

Zniesmaczony Orłowicz chyba już nigdy nie wrócił w Sudety, koncentrując się na promocji turystyki w polskich górach. Jego osiągi w tej dziedzinie są zresztą imponujące. Jak sam pisał w 1959 roku:

robię rocznie co najmniej 1000 kilometrów, w chwili obecnej oceniam moją turystykę pieszą społeczną, tj. na czele wycieczek na 140 000 km (3 i 1/2 raza dookoła równika)

Mimo swej niechęci, Mieczysław Orłowicz pozostał jednak związany z Sudetami. W 1973 roku, 14 lat po śmierci, jego imieniem został nazwany Główny Szlak Sudecki, długości 440 km. Zaczyna się on w Świeradowie-Zdroju i biegnie przez praktycznie całe Sudety, również przez filisterskie Karkonosze (choć taktownie omija najbardziej popularną Śnieżkę), kończąc się w Prudniku.

Warto też pamiętać, że dzisiejsze polsko–czeskie Sudety nie przypominają w niczym tych niemieckich z opisów Orłowicza i nadal stanowią spokojniejsza i bardziej stonowaną alternatywę dla zatłoczonych Tatr.

Źródła