Z Kresów na Ziemie Odzyskane

Przy okazji tegorocznych świąt udało się nie tylko objeść, ale również wysłuchać trochę opowieści mojej babci o czasach tuż po wojnie, kiedy przesiedlono ją wraz z rodziną z Kresów. Były one o tyle godne uwagi, że nigdy nie chciała za bardzo wspominać tamtych czasów. Oto zapis tego, co udało się zapamiętać.

Rodzina przybyła do celu, na ziemię lubańską, w grudniu 1945 roku, na dwa dni przed świętami. Początkowo osiedlono ich w tymczasowym lokum (zdaje się że bardziej przypominającym stodołę) z poleceniem, by sami sobie znaleźli / wybrali dom, który chcieli zająć. Wybór był dwojaki: można było wybrać dom pusty lub taki, w którym mieszkali jeszcze Niemcy. Ci ostatni, choć obowiązywał ich nakaz wyjazdu, nie mieli jednak systemowo zorganizowanego transportu ani dokładnej daty, do której musieli wyjechać, często więc zamieszkiwali jeszcze swoje już spisane na straty domy.

Przybysze z mojej rodziny wybrali wariant pierwszy – dom pusty – i wkrótce udało się znaleźć jeden. Nie znajdował się on w samym mieście, a w pobliskiej wsi Radogoszcz (wówczas nazywanej “Życzeniów” (z niemieckiego Wünschendorf; nazwa utrzymała się do 1947 roku). Dom był jednak zdewastowany. Warto wspomnieć, że tereny te były okolicą, gdzie armia III Rzeszy stawiła dość zaciekły opór nacierającej Armii Czerwonej, stąd też zniszczenia były dość znaczne. Budynek był dwupiętrowy, jednak parter prawie nie nadawał się do użytku – nie było na nim choćby ani jednej ocalałej szyby, a większość okien była zabita deskami.

Cala rodzina mieszkała początkowo na piętrze, gdzie okna były całe. Mieli jednak do dyspozycji wyłącznie coś na kształt aneksu kuchennego i małej łazienki bez bieżącej wody. Koniecznością się stało przystosowanie dołu. Najgorzej było z kuchnią, której podłoga była pokryta grubą, około metrową warstwą ziemi (nie wiadomo dlaczego). Dopiero kiedy przy pomocy wbijanych w nią prętów udało się stwierdzić, że pod spodem jest posadzka, przystąpiono do odkopywania jej.

Polowanie na Niemca

Babcia wspominała również historię “polowania na Niemca”, Którejś nocy ktoś usłyszał z jednego z nieużywanych pomieszczeń odgłosy kroków i szurania. Nie było żadnych wątpliwości – grasował tam jakiś Niemiec! Rodzina nie zastanawiała się i każdy chwycił co było na taką okazję przygotowane: siekiery, sztachety, wałki kuchenne i wszyscy, razem z najmłodszymi, zgromadzili się pod drzwiami podejrzanego pomieszczenia. Problemem nie było nawet to, że ktoś chodził po ich obejściu, ale że skoro to Niemiec to na pewno gdy tylko pójdą spać, pozabija ich. Takie panowało przekonanie wśród ludności, prawdopodobnie związane z projekcją przywiezionego z Kresów strachu przed Ukraińcami.

Po otwarciu drzwi ukazało się ich oczom pokój, którego podłoga pokryta była grubą warstwą dokumentów i papierów. Wśród nich grasowały myszy czy szczury. W ciągu następnych dni pomieszczenie oczyszczono, dokumenty spalono i nigdy już żadnego “Niemca” nikt nie słyszał.

Koegzystencja z przedwojennymi lokatorami

Zupełnie inny los czekał tych, którzy zdecydowali się zająć dom, w którym mieszkali jeszcze przedwojenni właściciele. Oni dostawali budynki w dobrym stanie, umeblowane i w pełni wyposażone. Niemcy, zdegradowani do niechcianych lokatorów drugiej klasy, musieli przenieść się do piwnic czy innych ciasnych pomieszczeń i starać się nie przeszkadzać nowoprzybyłym. Ci zresztą często posuwali się dużo dalej – Niemcy byli często bici lub zmuszani do, jak to określiła babcie, “niewolniczej pracy”. Szczególnie wspomina pewnego szabrownika, który przyjechał wcale nie ze wschodu, ale z okolic Warszawy i przez długo z pracy przymusowej Niemców z domu, który zajął, się utrzymywał. Kiedy w końcu po ponad roku udało im się wyjechać, był bardzo niepocieszony.

Innym wspomnieniem było kilka domów, które stały puste, ale z pełnym wyposażeniem. Z jakichś względów nikt nie mógł lub nie chciał ich zająć (być może dlatego, że znajdowały się koło cmentarza), powszechne było jednak ich szabrowanie. Przepisy oczywiście surowo tego zabraniały, gdyż takie nieruchomości stawały się własnością państwa, jednak nikt się tym nie przejmował. Wedle wspomnień w niedzielę po mszy z kościoła kierowały się tam całe duże grupy ludzi. Rodzinie babci udało się w ten sposób pozyskać niezbędną zastawę stołową. Jednak wycieczki odbywały się w dużej mierze w klimacie wandalizmu. Niszczono na przykład przetwory znalezione w piwnicach czy spiżarniach, ponieważ “to po Niemcach, a oni na pewno chcieli nas otruć i dlatego to zostawili”. Inną powszechną praktyką było na przykład wysypanie zawartości całej szuflady na stół, wzięcie jednej rzeczy, i pozostawienie reszty bałaganu.

Z kolei z Niemcem, który był poprzednim właścicielem domu w Radogoszczy (tego, do którego wprowadziła się rodzina babci) również udało się nawiązać kontakt. Przyszedł bowiem któregoś razu. Okazało się, że jego rodzina zginęła podczas wojny, a on sam bał się mieszkać w uszkodzonym domu, więc przeniósł się do znajomych w innej części wsi. Wyrażał zadowolenie, że ktoś wreszcie zajmuje się gospodarstwem i nie popada ono w dalszą ruinę. Wydawało się, że nie ma żadnych pretensji do rodziny babci jako “najeźdźców”. Niektórzy zresztą utrzymywali później kontakt z poprzednimi właścicielami swoich domów jeszcze długo w kolejnych latach, choć często przeszkadzała bariera językowa. Jak widać wpajana przez system niechęć do wszystkiego, co niemieckie, nie zawsze padała na bardzo podatny grunt.

Źródła

  • Zdjęcie do posta to panorama Lubania z lat 30. XX wieku, znaleziona tutaj.
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments