Ta część wycieczki wydaje się z perspektywy czasu trochę oderwana od reszty. Długie przejazdy busem, surowa przyroda i tylko nieliczne małe miejscowości – tak zapamiętałem rozdział, w którym odwiedziliśmy dwa skalne miasta, dwie twierdze i prawdziwą półpustynię.

Twierdza Rabati

Twierdza Rabati

Zaczęło się od twierdzy Rabati. W zasadzie nie była ona stricte w planie wycieczki, ale i tak mieliśmy jeść w jej pobliżu obiad. Opóźnienia na trasie i ulewa sprawiły, że nie zdążyliśmy dotrzeć tam w godzinach otwarcia, więc, poza posiłkiem, musieliśmy się zadowolić tylko „publiczną” częścią, dostępną do zwiedzania przez całą dobę.

Zamek pochodzi z XIII wieku, ale został niedawno całkowicie odbudowany i oddany do zwiedzania w 2012 roku. Renowacja odbywała się najwyraźniej z ekumenizmem na uwadze, ponieważ w środku (w tej części, której nie mogliśmy zwiedzić) znajduje się meczet z minaretem, synagoga oraz prawosławny kościół. Zadowolić się jednak musieliśmy murami obronnymi, ogrodami i ogólnym dziedzińcem. Mimo wszystko wielkość i rozmach robiły bardzo duże wrażenie.

Następnego dnia udaliśmy się do skalnego miasta nr 1 – Vardzia. Wykuta w zboczu sieć grot i wnęk, pochodząca głównie z XII wieku, służyła i służy nadal przede wszystkim jako klasztor. Część jest niedostępna ze względu na to, że mieszkają tam mnisi. Przez resztę można przejść całkiem przyjemną trasą (były dwa warianty – jeden z nich zaczynał się wąskim przejściem-odnogą), pokazującą zarówno przeciętne groty mieszkalne, jak i magazyny czy wykutą w skale cerkiew. Cały czas towarzyszył nam widok na płynącą w dole Mtkwari – tą samą, która przepływa przez Tbilisi czy Mcchetę.

Z Vardzi wychodzi się długim tunelem w dół, pełniącym zapewne funkcję ewakuacyjną. Stamtąd zmierzaliśmy już prosto do busa, by ruszyć w kierunku drugiego skalnego miasta.

Ale zanim tam dotarliśmy, mieliśmy nieplanowany postój przy twierdzy Chertwisi. Jest to przykład zabytku jeszcze nie zagospodarowanego, choć w dobrym stanie. Znajduje się na wysokim wzniesieniu u ujścia rzeki Parawani do Mtkwari. Pod górę wchodzi się błotnistą drogą. Twierdza zachowana jest nieźle i z pewnością w dawnych czasach była trudnym orzechem do zgrzyzienia dla wojsk próbujących zdobyć okolicę.

Tablica informacyjna u podnórza zamku zapisana była dość łamanym angielskim, ale bazując na kilku źródłach informacji można twierdzić, że obecnie widoczne mury pochodzą głównie z XIV wieku, choć pierwsze umocnienia pojawiły się w tym miejscu już w II w p.n.e. Według legendy twierdza ta znana była Aleksandrowi Macedońskiemu, który to – w zależności od wersji – albo tylko przejeżdżał, albo zdobył ją i zniszczył.

Po krótkim zwiedzaniu ruszamy do kolejnego skalnego miasta – Uplisciche. Niby podobne, a jednak całkiem inne. W odróżnieniu od wykutej w zboczu Vardzi, Uplisciche jest znacznie bardziej płaskie. I dużo starsze: mówi się, że pochodzi z drugiego tysiąclecia p.n.e. i że jest najstarszym osiedlem na terenie Gruzji. Łatwo w to uwierzyć, patrząc jak bardzo erozja miała okazję wypróbować skały, z których się składa.

Swoją drogą, tu mieliśmy trochę więcej szczęścia niż przy poprzednich zwiedzaniach, gdyż mogliśmy się na pewien czas podłączyć się do anglojęzycznej wycieczki z przewodnikiem, który naprawdę znał się na rzeczy. Dowiedzieliśmy się więc m.in. że miejsce to wciąż nie jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ponieważ nie jest pewne jego oryginalne przeznaczenie (a jest to wymogiem do wpisania). Naukowcy spierają się co do tego czy Uplisciche miało być miastem bogów (świątynnym), czy może wręcz przeciwnie, nekropolią i miastem umarłych.

Dodatkową atrakcję w tym miejscu stanowiły jaszczurki, których pełno wygrzewało się na gorących kamieniach twierdzy. Osiągały one dość egzotyczne w porównaniu do polskich rozmiary (choć oczywiście dalego do waranów czy legwanów) i nawet nie były aż tak płochliwe, jak można by się spodziewać.

 

Kompleks Dawid Garedża

Kompleks Dawid Garedża

Do zapowiadanej w tytule pustyni ruszyliśmy dopiero kolejnego dnia. Nie była to oczywiście pustynia w stylu Sahary – raczej półpustynia, porośnięta rachityczną roślinnością, z lejącym się z nieba żarem i nieutwardzaną drogą, którą musieliśmy pokonać, by dotrzeć do docelowego punktu. Był nim kompleks klasztorny (a jakże!) Dawid Garedża przy samej granicy z Azerbejdżanem.

I tutaj zetknęliśmy się z klasyką lokalnej geopolityki (nie bezpośrednio, na szczęście). Tereny te bowiem są przedmiotem zażartej dysputy pomiędzy krajami i każdy uważa, że ma zdecydowanie zbyt mało. Gruzja twierdzi, że cały obszar należy kulturowo do niej (po azerskiej stronie znajduje się szereg pustelni prawosławnych mnichów), zaś Azerbejdżan zwraca uwagę na aspekty wojskowo-strategiczne, z jakimi wiązałaby się rewizja granic. Podobno w pewnym momencie pojawił się temat utworzenia wspólnej strefy transgranicznej, w której obywatele i turyści z obu krajów mogliby cieszyć się swobodą zwiedzania, ale patrząc na tamtejsze temperamenty, raczej do niczego takiego nie dojdzie.

Tak generalnie wygląda Udabno

Tak generalnie wygląda Udabno

W samym środku pustyni leży wieś. Zwie się Udabno i właściwie wygląda jak zespół blaszano-glinianych domów i stodół. Bo właściwie kto miałby chcieć mieszkać w takim miejscu? W miejscowości jednak znajduje się rzecz godna uwagi: restauracja i hotel prowadzony przez Polaków. Jedyny w okolicy. Więcej o projekcie można przeczytać tutaj.

A na koniec tego etapu wycieczki mieliśmy okazję zapoznać się bliżej ze słonym jeziorem. Niektórzy zdecydowanie dużo bliżej niż chcieli (spoiler: taka sól bardzo ciężko schodzi z obuwia). Jezioro strasznie śmierdzi, a w trawach do niego prowadzących czai się masa owadów, które zidentyfikowaliśmy jako szarańcza.