Na Drodze Wojennej

Gruzińska Droga Wojenna – to brzmi dumnie. A może groźnie? W kazdym razie nie jest tym, co można myśleć, kiedy się o niej usłyszy. Nazwa, która brzmieć mogłaby bardziej jak „Gruzińska Droga Wojskowa”, oznacza po prostu szlak, którym przez wysokie grzbiety Kaukazu można było przeprowadzić armię z lub do Rosji. Jest jedną z trzech takich dróg, obok Osetyjskiej i Suchumskiej.

Dla nas jednak Droga Wojenna była zwyczajną trasą krajobrazową, prowadzącą do miasteczka Stepancminda oraz dalej do granicy z Rosją.

Nie znaczy to, że nie było w jeździe nią czegoś z wojennego klimatu, a to za sprawą gruzińskiego stylu jazdy samochodem, który w pełni ujawnił się po raz pierwszy właśnie wtedy. Kierowca naszego busa buł na szczęście również Gruzinem, i to byłym kierowcą dla wojska, tak więc zgrabnie poruszał się pomiędzy szalejącymi czterdziestoletnimi ładami i nowiutkimi mercedesami („klasy średniej” wśród samochodów właściwie w Gruzji nie uświadczysz).

Na czym polega ten styl? Przede wszystkim wszędzie należy dostać się jak najszybciej. Linie, choćby podwójna ciągła, są co najwyżej zbiorem ogólnych wskazówek. Wyprzedzanie na trzeciego jest normalne, także w jedną stronę (tzn. trzeci wyprzedza wyprzedzającego). Spora część jeździ bez świateł, także w nocy. Inna spora część – zawsze na długich.

No i najważniejsze: w wypadku jakichkolwiek wątpliwości należy użyć klaksonu. Przykładowe użycia to wyprzedzanie kogoś, bycie wyprzedzanym, ruszanie, hamowanie, zbliżanie się lewym pasem do zakrętu itd.

Najciekawiej jednak robi się, kiedy pojawia się jakaś przeszkoda, na przykład wypadek lub choćby… zamknięty przejazd kolejowy. Wojowniczy gruzińscy kierowcy natychmiast ustawiają się wtedy w „formację bojową”, to jest w cztery kolumny samochodów z wykorzystaniem poboczy, byle tylko podjechać jak najbliżej wąskiego gardła w ruchu. Oczywiście po drugiej stronie dzieje się dokładnie to samo. Dopiero przyjazd policji, która rozgoniła zgromadzenie, pozwolił na przejazd obok… właściwie nie wiadomo czego, bo nie było widać żadnej jednoznacznej przyczyny wytworzenia się korka.

Widoki, zabytki

Zbiornik Źinwalski

Widok na Zbiornik Żinwalski z Ananuri

Dość jednak o kierowcach, ponieważ sam przejazd Gruzińską Drogą Wojenną jest wart uwagi. Cały czas, prawie aż do Przełęczy Krzyżowej, jedzie się wzdłuż rzeki Aragwi. Po drodze mija się wielką ziemną zaporę, która spiętrza rzekę, tworząc malowniczy Zbiornik Żinwalski z osobliwie niebieską wodą.

Nad jego wodami wznosi się szesnastowieczna twierdza Ananuri. W niej, prócz umocnień, kościół z pięknymi płaskorzeźbami. U jej podnóża zlokalizowana jest niewielka plaża, z której jednak nie skorzystaliśmy.

Trawertyny, czyli martwica wapienna

Jadąc dalej, możemy podziwiać, a nawet pomacać, trawertyny, czyli gruziński odpowiednik tureckiego Pamukkale. Teoretycznie nie można po nich chodzić, ale prawdę mówiąc nikt się tym nie przejmuje. Wbrew pozorom nie są wcale śliskie, więc chodzenie po nich jest bezpieczne.

W końcu przejeżdżamy przez Przełęcz Krzyżową na wysokości 2379 m n.p.m. i przenosimy się na drugą stronę Wielkiego Kaukazu. Prawie od razu zaczyna nam towarzyszyć niewielka rzeczka, która jednak rośnie w miarę jak zjeżdżamy w stronę Stepancmindy. Później okaże się, że to Terek, od której nazwę wziął klub Terek Grozny (choć rzeka przez sam Grozny nie przepływa).

Stepancminda i Cminda Sameba

PANO_20160813_141601

W końcu dojeżdżamy do Stepancmindy, by natychmiast przesiąść się do terenówki bez klimatyzacji i bardzo nieutwardzoną i nierówną drogą ruszyć powoli w górę w stronę Cminda Sameby. Takich terenówek jedzie z nami cała masa. Mijają się na wąskiej leśnej drodze, zjeżdżając na skraj urwiska. Ale po około pół godziny dojeżdżamy cali.

Swoją drogą zastanawiamy się wszyscy dlaczego tej drogi nie utwardzą i nie ulepszą, skoro tyle turystów rusza nią codziennie na odległą górę? Częściową odpowiedź przynosi historia o górskiej kolejce wybudowanej przez Rosjan, którą można było wjechać na szczyt. Mieszkańcy czy to oprotestowali budowę, czy zasabotowali ją – grunt że nigdy ona nie ruszyła. Podobnie pewnie jest z drogą. Wożenie turystów terenówkami, pomijając restauracje na dole, stanowi jedyne źródło utrzymania mieszkańców, więc utrzymywanie jej w obecnym stanie leży w ich interesie.

Sama Cminda Sameba to położony na szczycie zespół klasztorny. Sam w sobie ładny, ale trudno mi napisać coś więcej o nim. W większości zapamiętałem rozpościerające się z niego widoki. Niestety sam Kazbek, najwyższa góra Gruzji, wznosząca się na wysokość 5034 m n.p.m., przysłonięty był chmurami. Ale i tak było warto rozejrzeć się po Kaukazie.

Po zjeździe do Stepancmindy czekała nas kolejna niespodzianka. Zamierzaliśmy wstąpić na kawę lub jakieś szybkie jedzenie do którejś z restauracji. Niestety, zaproponowano nam tylko szaszłyki oraz napoje z lodówek, ponieważ w całej wsi nie było akurat bieżącej wody. Nieczynne były również toalety. Podobno zdarza się w Gruzji całkiem często.

Krowy i TIR-y

Granica gruzińsko-rosyjska znajduje się około 10 km od Stepancmindy i jest tunelem, którego jeden koniec znajduje się w Gruzji, a drugi w Rosji.. Z powodu wojny przejście graniczne zostało w 2008 roku zamknięte i długo takim pozostawało (ze względu na stronę rosyjską). Po latach zostało ponownie otwarte, ale Rosjanie nadal lubią robić problemy z wpuszczaniem ciężarówek z Gruzji.

W efekcie już kilkadziesiąt kilometrów przed Stepancmindą rozpoczyna się sznur stojących na prawym pasie ciężarówek. Co jakiś czas pomiędzy nimi kierowcy grupują się wokół jakiegoś prowizorycznego stołu czy grilla. Pomiędzy TIR-ami przechadzają się krowy, korzystając z cienia rzucanego przez maszyny. I tak to wygląda przez wiele kilometrów. Podobno przekroczenie granicy wiąże się z około 3 dniami oczekiwania, parkując w samym środku niczego.

Oczywiście ta sytuacja nie może się nikomu (może poza Rosjanami) podobać. Cierpią na tym nie tylko Gruzini. Spora cześć ciężarówek jest z Białorusi oraz Armenii. Dla tej ostatnie Gruzińska Droga Wojenna stanowi główny szlak transportowy do Rosji, dlatego też Ormianie co jakiś czas mniej lub bardziej oficjalnie nawołują Rosjan do zaprzestania swoich głupich gierek. Póki co, jak widać, bezskutecznie.

A krowy, swoją drogą, poza chowaniem się pod TIR-ami często też korzystają z Drogi. Co jakiś czas zajmują jeden pas lub zmuszają kierowców do przejechania slalomem pomiędzy nimi. Są w pełni samosterujące – nie ma żadnych pasterzy. Po prostu rano wychodzą ze swoich obór na upatrzone wcześniej pastwisko, a wieczorem wracają na nocleg. Korzystając oczywiście z tej samej drogi, co samochody, bo innej właściwie nie ma.

IMG_20160813_164153

Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments